.
Załóż konto
EnglishDeutschРусскийFrançaisEspañol中国

Recenzja Darkest of Days - Grajcie szybciej, bo się ściemnia...

Sebastian Oktaba | 17-05-2010 15:40 |

Podróże w czasie wydają się tematem na tyle fascynującym oraz niewyeksploatowanym, że zarówno literatura, kinematografia oraz gry komputowe mogą do woli czerpać z tego niezmiernie bogatego źródła. Chyba każdy przynajmniej raz w życiu zapragnął przenieść się w przeszłość, zobaczyć na własne oczy minione epoki albo naprawić popełnione błędy. Czy byłoby to cofnięcie głosu niefortunnie oddanego na lokalnych włodarzy, desperacka ucieczka sprzed ołtarza tudzież odwiedzenie siedmiu cudów starożytnego świata, nie ma kompletnie żadnego znaczenia. Ekipa 8Monkey Labs podchwyciła więc pomysł, postanowiwszy wykorzystać go na potrzeby swojego debiutanckiego projektu - rasowego shootera... Czy nazwa Darkest of Days sugeruje jakoby czekała nas ciężka przeprawa przez najmroczniejsze dni ludzkiej cywilizacji albo... godziny męczarni spędzone vis-a-vis monitora? Cóż za przewrotność tytułu, wszak autorzy mogli mieć na myśli rządy koalicji PiS z Samoobroną, wojny, kataklizmy oraz inne nieszczęścia, względnie owoc własnej pracy. I chociaż nie jest to produkt z najwyższej półki, wśród budżetówek za około 20 złotych Darkest of Days zdecydowanie się wyróżnia... przynajmniej próbuje...

Autor: Sebastian „Caleb” Oktaba

Bitwa pod Little Bighorn dla niejakiego Aleksandra Morrisa, oddanego patrioty oraz podkomendnego pułkownika George'a Custera, była przykrym doświadczeniem. Indianie okazali się bardziej waleczni niż zakładało dowództwo i nazywając rzeczy po imieniu, ostro przetrzepali tyłki jankesom. Wymiana ognia z czerwonoskórymi przeciągała się w nieskończoność, liczba ofiar rosła, zaś pomoc znikąd nie nadciągała. Tajemnicą poliszynela było, iż oberwanie kulki z Winchestera przy braku dostatecznej liczby sanitariuszy oraz miernym poziomie medycyny wojskowej, oznaczało zazwyczaj długą i równie bolesną śmierć... Właściwa fabuła rozpoczyna się w momencie przełomowym dla życia Aleksandra, ściślej w chwili gdy Ponury Żniwiarz przychodzi z wizytą. Niemniej zamiast spodziewanej zakapturzonej postaci z portalu wyskakuje zakuty w pancerz żołnierz, najwyraźniej poszukujący konającego właśnie bohatera. Agent zabiera Morrisa do przyszłości, gdzie otrzymuje propozycję nie do odrzucenia: pracuj dla nas, albo odeślemy cię z powrotem i żegnaj okrutny świecie. Cudownie uzdrowiony Aleksander, którego trzewia przed kilkoma minutami przebijała strzała, bez słowa sprzeciwu przyjmuje niecodzienne wyzwanie. Paramilitarna organizacja KronoteK, której szeregi postanowił zasilić zajmuje się pilnowaniem prawidłowego przebiegu historii i do tego celu potrzebuje ludzi, powszechnie uznanych za martwych. Tak się niefortunnie złożyło, że pomysłodawca całej imprezy gdzieś wyparował, zewsząd docierają sygnały o ingerencji w kontinuum czasowe, podczas gdy w „firmie” panuje deficyt kompetentnej kadry. Cytując klasyka - nie chcę, ale muszę - ruszamy w wir walki...

Hola, hola! Zanim jednak oddelegowani zostaniemy do bardziej odpowiedzialnych zadań, trzeba najpierw zaliczyć obowiązkowe szkolenie bojowe. Przy okazji poznamy lepiej naszego protektora, pana (oklaski!) Dextera z Nowego Jorku – zawodowego, krzywoustego, zrzędliwego twardziela o przenikającym spojrzeniu. Facet wygląda niczym upośledzona wersja Johna Wayne'a, zawsze nosi głupawy kapelusz i jest tak perfekcyjnie wyszkolony, że w trakcie sporadycznie wygłaszanych dialogów wcale nie rusza powiekami. Twórcy po prostu zapomnieli obdarować delikwenta tym jakże ludzkim odruchem, zapewne w trosce o jego fenomenalną percepcję. Mimiką twarzy również nie imponuje (wręcz straszy!), aczkolwiek rola kolegi po fachu w tym przedstawieniu jest zgoła odmienna od czysto reprezentatywnej. Żółtodzioba nie wysyła się przecież z niebezpieczną misją ratowania ludzkości kompletnie samego, prawda? Dlatego Dexter będzie stale towarzyszył nam w podróży, pełniąc zarazem funkcję jednoosobowego wsparcia, irytującego koordynatora oraz szpetnej niańki. Jako zobligowani do wykonywania poleceń wyższego stopniem, nad poczynaniami autonomicznego „kowboja przyszłości” nie mamy żadnej kontroli. Swoją drogą, takie rozłożenie ciężaru rozgrywki pomiędzy dwójkę chojraków, aż prosiłoby się o tryb cooperatvie. Niestety, 8Monkey Labs nie pofatygowało się nawet, aby zarobić podstawowy moduł multiplayer. Pozostaje tylko i wyłącznie kampania dla pojedynczego gracza, zapewniająca kilka godzin umiarkowanie strawnej zabawy... rzecz jasna, jak za 20 złotych.

Twoja ocena publikacji:
0
Sebastian Oktaba
Liczba komentarzy: 4

Komentarze:

x Wydawca serwisu PurePC.pl informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Kliknij zgadzam się, aby ta informacja nie pojawiała się więcej. Kliknij polityka cookies, aby dowiedzieć się więcej, w tym jak zarządzać plikami cookies za pośrednictwem swojej przeglądarki.