.
Załóż konto
EnglishDeutschРусскийFrançaisEspañol中国

Władca Pierścieni: Podbój - Tolkien przewraca się w grobie

Sebastian Oktaba | 18-03-2009 12:58 |

Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem. Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach. Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych. Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie. W krainie Mordor, gdzie zaległy cienie. Jeden, by wszystkimi rządzić, jeden, by wszystkie odnaleźć, jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać. W krainie Mordor, gdzie zaległy cienie ... Oto bodajże jedna z najsłynniejszych fraz literatury fantasy, będąca początkiem wspaniałej trylogii pióra J. R.R. Tolkiena. Ci, co ze słowem pisanym są na bakier, mogli poznać tę historię w kinie. Ci zaś, którzy są na bakier ze wszystkim i nałogowo przesiadują przed monitorem, teraz mogą nadrobić zaległości. Po prawdzie tylko częściowo, bowiem gra Władca Pierścieni: Podbój porusza wyłącznie tematykę batalistyczną, tak dobrze odzwierciedloną w filmach wyreżyserowanych przez Petera Jacksona. Opisywany tytuł to jednak żaden cRpg czy strategia, lecz zwyczajna rąbanka. Devil May Cry 4 w realiach Śródziemia? Tak jakby, bo płakać, i owszem, jest nad czym...

Autor: Sebastian „Caleb” Oktaba

Chociaż trylogia Władcy Pierścieni to, wydawałoby się, gotowy przepis na ciekawą grę niemal każdego gatunku, klasycznego beat'em'up się nie spodziewałem. Uprzedzony wprawdzie nie byłem, ale jakoś trudno oswoić się z myślą, że klasyk literatury robi za podkład do tytułu o co najmniej niezbyt ambitnych założeniach. Nieważne, pomyślałem - teraz nie ma już świętości. Od czasu wspomnianego wcześniej Devil May Cry 4 żadnej „chodzonej” nawalanki nie zaliczyłem, więc nawet ciekaw byłem efektów pracy Pandemic Studios. Odpaliłem Podbój i pierwszy fakt, który stwierdziłem był taki, że gra zasadniczo nie posiada precyzyjnie sformułowanej i scharakteryzowanej fabuły. Skaczemy od bitwy do bitwy, raczeni wstawkami wyciętymi wprost z filmów, które zrekompensować mają nam wszelkie merytoryczne braki. Osobiście bardzo dobrze pamiętam wydarzenia opisane w książce, niemniej osoba która w ogóle z LoTR nigdy do czynienia nie miała, poczuje się zagubiona. Epizodyczność i wyrywkowość skutkuje spłyceniem i wypruciem z gry oryginalnego klimatu, co jest w moim mniemaniu bardzo istotną wadą. Tak ciężko było wprowadzić kilka dodatkowych elementów spajających wydarzenia w sensowną całość? Rozwiązanie leżało podane na tacy, tylko nikt nie raczył z niego skorzystać. Scenariusze epickich bitew, w których będziemy mieli okazję osobiście wziąć udział, nie wystarczą, gdy reszta kuleje. Może i zręczna historia nie jest w beat'em'up specjalnie potrzebna, ale Władca Pierścieni to nie Franko albo Cadillac and Dinosaurs.

Tak czy owak, do tej pory głównie RTS'y umożliwiały pokierowanie losami bitew o Śródziemie. Teraz zaś staniemy się ich częścią. Kampania obejmuje szereg konfrontacji znanych widzom i czytelnikom Władcy Pierścieni. Będzie więc starcie w Helmowym Jarze, walka o Isengard, impreza w kopalniach Morii czy też przepychanki pod Czarnymi Wrotami. W sumie czeka nas kilkanaście batalii, od których zależeć będą dzieje świata. Co ciekawe, rozegramy je nie tylko jako reprezentant zadeklarowanych sił dobra. Władca Pierścieni: Podbój pozwala także stanąć po przeciwnej stronie barykady. Naprawdę miła niespodzianka. Alternatywny scenariusz zakładający, że Sauron przejmuje pałeczkę i rozpoczyna ekspansję swoich plugawych wojsk to faktycznie ciekawy pomysł. Role odwracają się, ale poza tym większych zmian nie uświadczymy z tą różnicą, że gromimy ludzi, elfy oraz hobbitów, odwiedzając Rivendell i Shire, paląc przy okazji ich domostwa. Uwzględnić też trzeba idące za tym anomalie fabularne, które nie każdemu przypadną do gustu. Jedno się zawsze powtarza: na polu walki panuje rozgardiasz i chaos, wróg naciera chmarami i nie wykazuje żądnych przejawów inteligencji. O jakimkolwiek czynniku strategicznym nie ma nawet co marzyć. Pozostaje wyłącznie sieczka. Czasami na ekranie potrafi pojawić się nawet kilkudziesięciu przeciwników, co sprawia wrażenie uczestniczenia w prawdziwie epickich wydarzeniach. Tłumy przerzedzamy w asyście współtowarzyszy, których rola zazwyczaj ogranicza się do niemrawego używania rynsztunku. Pożytku z nich wielkiego niestety nie będziemy mieli, ale przynajmniej robią za tło. My zaś, jak zwykle, musimy odwalić brudną robotę, żeby nasza drużyna mogła zatryumfować. Czas wybrać miecz, łuk, kostur lub sztylet i zabrać się do działania.

Twoja ocena publikacji:
0
Sebastian Oktaba
Liczba komentarzy: 0
Ten wpis nie ma jeszcze komentarzy. Zaloguj się i napisz pierwszy komentarz.
x Wydawca serwisu PurePC.pl informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Kliknij zgadzam się, aby ta informacja nie pojawiała się więcej. Kliknij polityka cookies, aby dowiedzieć się więcej, w tym jak zarządzać plikami cookies za pośrednictwem swojej przeglądarki.