Zgłoś błąd

X

Zanim wyślesz zgłoszenie, upewnij się że przyczyną problemów nie jest dodatek blokujący reklamy.

Typ zgłoszenia
Treść zgłoszenia
Twój email (opcjonalnie)
Nie wypełniaj tego pola
.
Załóż konto
EnglishDeutschРусскийFrançaisEspañol中国
 

Będę grał w grę. Albo może jednak nie...

LukasAMD | 14-02-2016 09:15 |

Stwierdzenie zawarte w tytule tego felietonu jest obecnie bardzo aktualne i wyrazić je może w zasadzie każdy z nas, zarówno osoby lubiące elektroniczną rozrywkę, jak i od niej stroniące. W szczególności dzisiaj. Gdybym miał umieścić siebie gdzieś w ramach takich właśnie kategorii, to skłaniałbym się zdecydowanie ku drugiej opcji, choć jeszcze stosunkowo niedawno byłem przy pierwszej. Czy coś się zmieniło, a jeżeli tak, to co aż tak poważnego, że mój punkt widzenia uległ aż tak diametralnej zmianie? Ogólnikowo mówiąc można stwierdzić, że zmieniło się wszystko: zmieniłem się ja, zmienił się rynek gier komputerowych, zmieniły się także okoliczności. I choć kwestia taka bywa czasem przedmiotem zabawnych memów, według mnie jest co najmniej istotna.

Przegrać pół życia, przegrać całe życie? Gry wciągają jak mało co, pytanie jednak brzmi, dokąd nas prowadzą i co nam oferują?

Do podzielenia się moimi przemyśleniami skłoniło mnie kilka ostatnich wydarzeń, a także pewne dyskusje, jakie z nich wynikły choćby w sieciach społecznościowych. Jeden z moich znajomych zwykł mawiać, że „przegrał połowę życia”. Choć tyczy się to oczywiście grania, to w pewien sposób zawsze dawał do zrozumienia, że to właśnie granie miało też pewien głębszy wydźwięk uderzający w resztę jego życia. Sam jestem młodszy, a jednak wciąż mógłbym powiedzieć coś podobnego: najpierw gry telewizyjne, później Commodore 64, następnie niesamowita Amiga A600… no a później PC. Sprzęt służący do nauki? Dobre sobie, mając osiem, dziewięć lat znacznie łatwiej jest przecież uruchomić pierwszą części serii Quake, aniżeli jakąkolwiek aplikację edukacyjną. Gry odegrały w moim życiu istotną rolę… albo raczej może nie tyle istotną, co zajęły sporo czasu.

Wszystko wynika właśnie z tego, że do większości z nich należało podejść nie na kilka, kilkanaście minut, lecz na długie godziny. Rzecz jasna można było grać w tytuły proste, takie typowe gierki na chwilę, niemniej czy mogły one mierzyć się z tym niesamowicie pociągającym światem, jaki można było zobaczyć choćby w serii Fallout? Dwie pierwsze części tej gry trafiły nie tak znowu daleko po premierze jako pełniaki do CD-Action i z miejsca się w nich zakochałem. Miłość do postapokaliptycznej wizji świata pozostała po dziś dzień, choć obecnie wolę odkrywać ją i przemierzać raczej w formie książek, aniżeli gier komputerowych. Trzeba jednak zaznaczyć, że sporo gier i młody wiek, to jednak pewien sposób formowania tego, co lubimy, jak postrzegamy, a także jak chcemy się zachowywać.

Grać czy nie grać? #1

Obecnie uważam giercowanie za niesamowitą stratę czasu i raczej staram się tego unikać, w szczególności, gdy mowa o grach wieloosobowych. Składa się na to kilka czynników, które tutaj rozwinę: koszty związane z graniem, które są niewspółmierne do czerpanej radości, ogólnej stagnacji na rynku, brakiem innowacyjnych i porywających człowieka pomysłów, a także kwestia czasu, jaki trzeba poświecić grze, a który można wykorzystać w sposób, który da nam namacalne efekty. Oczywiście nie przeczę, że zmieniłem się i ja i to znacznie. Kiedyś mogłem przed monitorem zrobić sobie dobry maratonki, teraz nie miałby na to ani krzty ochoty, ani zdrowia: bo już po godzinie, dwóch gry czuję się niczym wyrzuta guma wypluta gdzieś na ulicę. Dobrze, prześledźmy jednak powoli problemy, na jaki może natknąć się gracz.

Choć obecnie już niemal nie gram, to z pewną nutką wspominanego wcześniej dzieciństwa śledzę różne informacje związane z grami. Przyznaję natomiast, że z pewnym przerażeniem obserwowałem ostatnie testy wykonane przez Sebastiana, a dotyczące nowego Tomb Raidera, Star Citizena, a także XCOM-a 2. Chodzi rzecz jasna o wymagania sprzętowe i wydajność tych tytułów. Gry te, w szczególności Star Citizen wyglądają według mnie urzekająco. Już dawno nie odczuwałem takiego skoku technologicznego – a przyznaję, że wciąż mam ogromny „szacunek” (tak to ujmijmy) do pierwszej części Crysisa, która w 2007 roku może nie porywała fabułą, ale konkurencję rozsypywała w drobny pył niesamowitą oprawą audiowizualną. Wtedy był to wręcz pokaz technologiczny, coś, co wyznaczało zupełnie nową jakość rozrywki, a zarazem było długo niedoścignione. Zupełnie jak kilka lat wcześniej pierwszy Far Cry. Dla mnie gry dzielą się na te sprzed i po erze Crysisa, ale skok ten miał nie tylko pozytywne aspekty.

Konsole czy PC? Obecnie wybór nie należy do łatwych: będzie albo drogo, albo... brzydko i niezgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami.

Gdy tak patrzę na te nowe gry, cieszę się, że tak wyglądają, a zarazem łapię za głowę: przy najwyższych detalach dopiero potwory pokroju GeForce GTX 980 Ti oferują więcej niż 40 klatek na sekundę. Oczywiście z detalami można nieco zjechać w dół, nie one są najważniejsze, niemniej i tak sytuacja jest jak dla mnie zatrważająca. W 2008 roku byłem posiadaczem GeForce 8600 GT i w obliczu niskich stanów magazynowych tegoż modelu kombinowałem, jak by go tu rozsądnie „dobić”, aby móc w ramach wymiany gwarancyjnej otrzymać coś lepszego... albo chociaż wartego nieco więcej, w celu sprzedaży i kupna nowej karty. Możecie się śmiać, możecie wytykać palcami takie kombinatorstwo, ale wtedy portfel na normalny zakup w zasadzie nie pozwalał, a tego typu fanaberie może pamiętać z forum PurePC sporo użytkowników – te same osoby nierzadko wcześniej napastowały karty z serii GeForce 7300 GT.

Grać czy nie grać? #2

Zaznaczmy też, że karty takie jak wspomniany GeForce 8600 GT czy też nowszy GeForce 9600 GTX były średnią półką cenową i wydajnościową – średnią tzn. można było je wtedy kupić za.. 500-600 zł? Od tego czasu zmienił się kurs dolara, zmieniły się warunki i technologia, ale czy teraz możemy za podobną cenę kupić cokolwiek, co pozwoli na rozsądną grę w miarę wysokich detalach? Dobry żart, prawda? Taki GTX 750 Ti jest oszczędny, ale do nowości to za mało. A przecież ja najpierw na tej pierwszej grałem w Crysisa w detalach średnich, a później na drugiej w wysokich. Bez fanaberii rzecz jasna, bez ogromnych rozdzielczości, ale przecież to był najbardziej wymagający tytuł. A teraz? Teraz o czymś takim nie ma już mowy. Graczu, chcesz grać „godnie” w nowe i wymagające tytuły, to szykuj spore pieniądze zarówno na procesor, jak i kartę graficzną.

W czerwcu 2014 roku składałem komputer stacjonarny. Co prawda po kilku miesiącach sprzedałem go na części, bo uznałem, że taka wydajność nie jest mi do niczego potrzebna, ale z obecnej perspektywy widzę, jak kiepska jest sytuacja osób, które chcą kupić sprzęt - wtedy postawiłem na i5-4460 w wersji BOX, który kupiłem za niecałe 700 zł. Obecnie przeglądam sklepy, przeglądam allegro i wiem, że nie ma mowy o kupnie tego modelu w takiej cenie. Trzeba dać nieco więcej, co biorąc pod uwagę fakt, iż minęło ponad półtora roku, wydaje się istną kpiną. Oczywiście, po raz kolejny wspomnieć można o zmianach w kursie dolara, ale znaczenie ma także to, co dzieje się na rynku od dłuższego czasu. Sprzęt nie rozwija się tak samo szybko, a użytkownicy nie potrzebują ogromnych skoków wydajności – bo wszystko, czego potrzebują działa. Kuleje też konkurencyjność rynku, zarówno procesorów, jak i GPU.

Gdyby odrzucić na bok gry, okazuje się, czemu rozwój spowolnił - po prostu zwykłym użytkownikom wystarcza znacznie słabszy sprzęt.

Po co o tym wspominam? Aby zaznaczyć, że gry to koszt i to spory, jeżeli interesują nas nowości. Komputer do pracy biurowej, przeglądania Internetu, multimediów czy nawet programowania (nie licząc zabawy z CUDA) nie potrzebuje zbyt mocnego procesora i karty graficznej. Wymagania zwiększają się, dopiero gdy zajmujemy się zaawansowanymi obliczeniami, konwersją wideo, czy też tworzeniem grafiki 3D. Ale jak wiele osób robi to w celach zarobkowych, gdzie wydatek faktycznie może się zwrócić, a sprzęt na siebie zarabia? Idźmy dalej: wiele starszych laptopów z procesorami z linii Core 2 Duo zyskuje drugie życie po włożeniu SSD. A co ma zrobić gracz? Wydawać, więcej i więcej. Gracz tu nie ma wyboru, no, chyba że zdecyduje się po trzymanie się gier nieco starszych, takich, które już zna, lub zachęci sam siebie do odkrywania czegoś, czego nie poznał w przeszłości.

No to może zakup konsoli? To też nie jest dobry pomysł, bo tak głośno zapowiadane „next-geny” okazały się niezłym niewypałem, który już w momencie premiery ustępował komputerom. To sprzęt, który nie tylko nie jest w stanie zaoferować nam 1080p przy 60 FPS, ale czasami miewa już problemy nawet z 900p przy 30 FPS. Ot przykład z ostatnich dni, The Division pozwoli na zmianę ustawień graficznych… To gdzie tu wygoda konsoli typu „kup, zapomnij i graj”? Zniknęła. Nie będę tu roztrząsał, czy jest to wina sprzętu, marnej optymalizacji, producentów chcących tworzyć gry (kotlety) szybko i na wiele platform jednocześnie, czy może jakiś spisek, jaki ma zachęcić nas do wymiany sprzętu na nowszy i nieco „rozbujać” rynek. Nie wiem, ale gdybym był graczem, nie interesowałoby mnie to. Liczy się bowiem efekt, czyli brak możliwości wygodnej gry w to, co planowaliśmy. Nie tak to przecież powinno wyglądać.

W tym miejscu można wyciągnąć magiczną plakietkę księcia z PC i parobka z konsolą (PC Master Race!). Czy jednak sytuacja graczy pecetowych jest lepsza? Ostatnie testy pokazują, że nie bardzo. Nawet oszczędność na grach i ewentualne piracenie (do którego nie zachęcam) nijak nie zwrócą nam różnicy w koszcie sprzętu. Warto tutaj zadać sobie pytanie, czy warto gonić za nowościami i dostosowywać do nich sprzęt. Miałem konto na Steam, na Originie, miałem konto Uplay. Wszystkie były pełne gier z różnych promocji pokroju Humble Bundle, to już przecież nie czasy, że po grę wychodziło się do kiosku i jakieś z czasopism, lub ewentualnie kupowało się w sklepie. W połowę gier zgromadzonych na wszystkich tych kontach nawet nigdy nie zagrałem... Bo i niby kiedy miałem to robić? Pojawiła się ciekawa promocja z kilkoma grami, człowiek najczęściej z niej korzystał dla jednej wybranej.

Promocja, trzeba upolować, trzeba zgarnąć tak jak inni! Tylko po co? Aby leżało do końca życia? Może zrobimy z tego spadek dla wnuków?

Teraz warto wziąć to pod uwagę i przypomnieć sobie o tym wszystkim, co mamy na kontach. Przecież to możliwe dziesiątki, o ile nie setki godziny gry. Czy jest więc sens sięgać po kolejne i kolejne promocje? Po co? Dla samego posiadania, dla samego magazynowania? My z tego nie korzystamy, korzystają twórcy gier, korzystają właściciele platform, do których są te gry uwiązane. A gdy zabraknie Internetu? Wtedy okazuje się, jak bardzo „to, co nasze” tak naprawdę należy do nas. Jak to napisał w pewnym komentarzu jeden z użytkowników: życie jako usługa. Coś jest, płacimy za to, a tu bach, nagle tego nie ma. Albo jest dostępne tylko w pewnych, określonych warunkach. Jak dla mnie to był kolejny, istotny powód, aby powiedzieć sobie: nie, ja już w tym czymś nie chcę uczestniczyć, lepiej mieć czegoś mniej, ale pod ręką, rzeczywistego.

Grać czy nie grać? #3

Pewnego słonecznego, letniego dnia przed niemal trzema laty spojrzałem na moje konto Steam i zobaczyłem, że na grę w Borderlands poświęciłem już ponad 40 godzin. Naszła mnie wtedy pewna refleksja: czterdzieści godzin. Sporo czasu, niemal dwa dni. Co robiłem w tym czasie? Zwiedzałem wirtualny, nieprawdziwy świat, wędrowałem, zabijałem setki wrogów, wykonywałem zadania, zdobywałem nowe poziomy, nowe przedmioty i broń. Podobnie jak w każdej grze z elementami RPG zresztą, rozwijałem swój wirtualny byt. Co ja sam, ten rzeczywisty, na tym zyskałem? Nic, jedynie nieco się grami zapuściłem. Ubyło mi nieco czasu, licznik elektryczny wskazywał nieco więcej, a ja miałem chwilową satysfakcję z gry, ale nic poza tym. Nic, co by mi po tym wirtualnym bycie pozostało. Czy to ma sens? Czy powinienem rozwijać coś nierzeczywistego, zamiast siebie samego? Dzisiaj wiem, że w moim przypadku to sensu nie miało żadnego i wracać do takiego czasu i takiego zachowania już nigdy więcej nie chcę.

Nie wchodząc w szczegóły – pewne życiowe uderzenie spowodowało, że zmieniłem sposób postrzegania pewnych kwestii i jak kiedyś ktoś ćwiczący z własnej woli był dla mnie szaleńcem tak… sam zacząłem to robić. Teraz też gram… w Endomondo, sam ze sobą. Nie dasz rady, mówi wróg siedzący w człowieku… a ja mówię, że dam – że coś podniosę, że gdzieś dobiegnę, że gdzieś dojadę rowerem. I tak sobie znów walczę, jako rycerz z potworami, jakimi są osobiste słabostki. Również „wbijam” nowe poziomy, poznaję świat i ludzi. Rzecz w tym, że wszystko to dzieje się naprawdę, a po miesiącach trudów widzę nie tylko ciekawe wyniki w aplikacji, ale i bardzo motywujące efekty w lustrze. To jest gra, którą chcę prowadzić. A sport to tylko jeden z wielu przykładów tego, jak można wykorzystać czas, który wcześniej poświęcałem… tak naprawdę nicości.

A może by tak wyjść, może by tak założyć rolki, iść popływać, zagrać w tenisa? Tyle rzeczy realnych czeka na odkrycie.

Rzecz jasna to nie będzie rozwiązanie dla każdego, ale do jasnej cholery, każdy może spróbować tego czy owego, aby chociaż przekonać się, jak to jest. Ja wiem, że szkoła niszczy chęć czytania, ale dobra książka i pracująca pod jej kontrolą wyobraźnia robią rzeczy znacznie lepsze, niż to, co oferuje nawet kilka monitorów 4K i zestaw głośników warty kilka tysięcy złotych. A może rywalizacja ze znajomymi w nauce języka w np. Duolingo, czy Memrise? To też gra, działa na tych samych zasadach, ale to już tzw. grywalizacja, której efekty odczuje nie jakiś wirtualny awatarek, z jakim się utożsamiamy, ale my sami. Owszem, gry też mogą nauczyć nas języka i faktycznie to robią, czy jednak w takim stopniu? Pomyślny sami, co moglibyśmy takiego zrobić, gdyby te wszystkie godziny poświęcone na grę wykorzystać inaczej?

Grać czy nie grać? #4

Jeżeli czytacie ten felieton niedługo po publikacji, jest zapewne niedzielne popołudnie. W związku z tym może on brzmieć niczym jak jakieś kazanie, ciężkie słowa rzucane z ambony przez szalonego klechę, prawda? Nie to ma na celu jednak ten wpis, daleko mi od straszenia, a jeszcze dalej od tego, aby komukolwiek narzucać swoje poglądy. Pamiętajcie o tym, że to jedynie moje odczucia - skłonić tym felietonem chcę raczej do refleksji i dyskusji, bo doskonale wiem, że sporo osób mimo upływających lat nadal czerpie z gry ogromną frajdę, taką samą, jak ja obecnie z przykładowo jazdy rowerem – i wierzcie mi, czasami Wam tego zazdroszczę. Tego rodzaju frajdy nie można przecież zawsze przeliczyć na czysty rachunek zysków i strat, na myślenie jedynie racjonalne. W końcu wszystko jest dla ludzi i ze wszystkiego powinniśmy korzystać, ważne natomiast, aby zachować umiar, także w dążeniu do osobistej doskonałości.

Grasz i Ci to pasuje, daje radość - graj nadal. Niektórych rzeczy nie da się przeliczyć i ująć samym rozsądkiem.

Mimo wszystko zachęcam do osobistego rachunku sumienia – czy nie magazynujemy tych gier bez sensu? Czy nie poświęcamy im za wiele czasu? Czy może wszelkie ulepszenia komputera i związane z tym – bądź co bądź spore – koszty, są podyktowane jedynie dostosowaniem sprzętu do nowych produkcji? A może mamy poczucie tego, że chcielibyśmy realizować się w wolnym czasie jakoś inaczej, ale w zasadzie nawet nie pomyśleliśmy o tym, że można to zrobić? Dziś są Walentynki. Możemy podczas nich „grać w grę”, podobnie jak pewien bohater popularnego filmiku planował to robić w Sylwestra. Możemy też spędzić je inaczej, z kimś, albo i samemu czy pogoda dopisze, czy też nie. Zróbmy sobie ten jeden dzień przerwy, aby zobaczyć, jak to jest bez gier.

Źródło: PurePC.pl
129
Zgłoś błąd
Łukasz Tkacz
Liczba komentarzy: 182

Komentarze:

x Wydawca serwisu PurePC.pl informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Kliknij zgadzam się, aby ta informacja nie pojawiała się więcej. Kliknij polityka cookies, aby dowiedzieć się więcej, w tym jak zarządzać plikami cookies za pośrednictwem swojej przeglądarki.