Zgłoś błąd

X

Zanim wyślesz zgłoszenie, upewnij się że przyczyną problemów nie jest dodatek blokujący reklamy.

Typ zgłoszenia
Treść zgłoszenia
Twój email (opcjonalnie)
Nie wypełniaj tego pola
.
Załóż konto
EnglishDeutschРусскийFrançaisEspañol中国

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrót

Ewelina Stój | 21-11-2018 18:01 |

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrótLarry powrócił do nas w swoim charakterystycznym ubranku zwanym jako Leisure Suit, tak bardzo znanym i lubianym w USA w latach 70. XX. wieku. Dziś trudno uwierzyć, że historia Larry'ego zaczęła się już w roku 1987, gdy to moja skromna osoba dopiero zaczęła być planowana, a dziś ów łysiejący, wiecznie napalony nieudacznik obchodzi swoje 31 urodziny. Bowiem to w 1987 powstała pierwsza odsłona gry z przygodami Larry'ego pt. W krainie próżności. Ale nowa produkcja to nie pierwszy powrót łysiejącego erotomana po latach. W 2004 roku pojawiło się Leisure Suit Larry: Magna Cum Laude, która to jednak nieco odbiegała od klasycznych, point'n'clickowych standardów. Kilka lat temu mieliśmy szansę zagrać także w Leisure Suit Larry: Reloaded, będące reedycją pierwszej odsłony sprzed wielu lat i wydaje się, że właśnie takiego Larry'ego najbardziej pragnęli fani. Dlatego też myślę, że i tegoroczna odsłona nie powinna rozczarować.

Autor: Ewelina Stój

Biorąc pod uwagę, jakich wzlotów i upadków doświadczały gry o przezabawnym zboczeńcu o imieniu Larry, wielu na nowe przygody Laffera czekało, ale też czekało z pewną dozą obaw. Obawy wzrastały w momencie wspomnienia o ósmej odsłonie serii z 2004 roku o tytule Leisure Suit Larry: Box Office Bust, która była edycją wyjątkowo nieudaną. Nic więc dziwnego, że najwierniejsi fani obleśnego niekiedy 40-latka drżeli na myśl, co też zobaczymy w Wet Dreams Don't Dry. Nadziei nie dawał także trailer gry, który niespecjalnie zachęcał do zapoznania się z tytułem. Jak wyszło ostatecznie? Spędziwszy 12 godzin w świecie pełnym najosobliwszych seksualnych perwersji wyrobiłam sobie na temat gry zdanie, którym się z Wami podzielę...

Larry miał sporo dobrej passy jeśli chodzi o kolejne odsłony, nie wliczając w to gry z 2004 roku. Zobaczmy, czy w przypadku Wet Dreams Don't Dry produkcja dostarczy nam chociaż namiastkę tego, co kultowe już dzieła Sierry.

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrót [1]

Chamska, bezpruderyjna, bezwstydna, rasistowska, seksistowska, bez zahamowań, arogancka, grubiańska, nieokrzesana, nieprzyzwoita, ordynarna, prostacka, prymitywna, wulgarna, świńska, obcesowa, sprośna i niepoprawna politycznie - taka jest nowa gra z Larrym Lafferem w roli głównej. Choć za tytuł odpowiedzialne jest inne studio niż stara, dobra Sierra, to trzeba przyznać, że ekipie z niemieckiego Crazy Bunch przywołanie Larry'ego do życia wyszło naprawdę dobrze. Fani klasycznych przygodówek point'n'click zauważą tu wiele zbieżności z serią Deponia, za którą odpowiada również niemieckie studio Daedalic. Choć w przygodach nieokrzesanego Rufusa nie odnajdziemy tak wielu nawiązań do wszelkich sprośności, to przyznam że poziom humoru jest tu ten sam: niski. Ale to przecież w grze cieszy najbardziej. Ale pytanie zasadnicze: czy fani Larry'ego Laffera mają tu czego szukać? Owszem, mają. Jest to Larry zupełnie inny, niemniej równie dobry. Zwolenników starego Larry'ego czeka także seria Easter Eggów nawiązujących do poprzednich odsłon.

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrót [10]

Fabularnie gra (podobnie jak i zawarty w niej humor) nie jest wysokich lotów, niemniej dostarcza rozrywki niemal tak dalece wybornej, jak wypicie z kumplami flaszki Whisky. Albo dwóch. Oto bowiem mamy zderzenie się dwóch rzeczywistości: czterdziestoletni Laffer zasiedziawszy się w latach 80. XX. wieku nie wiedzieć czemu pojawia się w czasach nam współczesnych. Bohater ma wrażenie, że spał całe wieki, być może nawet ktoś na nim eksperymentował (ufo, sondy analne - resztę już znacie). Sili się jednak na odwagę, by zmierzyć się z tym nowym, nieznanym mu światem, dlatego też udaje się na miasto, na spotkanie starych znajomych, by ci wytłumaczyli mu zasady działania tego nowego świata. Coś w stylu filmu Książę w Nowym Jorku, tylko dużo śmieszniej. Wracając jednak do fabuły: Larry, znanym sobie zwyczajem nie może wieść życia pozbawionego kobiet, dlatego też nie inaczej jest w Wet Dreams Don't Die. Mimo że przez gameplay przewinie się sporo potencjalnych partnerek dla pociesznego erotomana, to jego sercem (czy aby tylko sercem?) zawładnie ta jedna, wyjątkowa pani bizneswoman.

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrót [9]

Jak dobrze wiemy życie seksualne Larry'ego nigdy nie należało do najpiękniejszych pomimo jego wysokich aspiracji. Dlatego też wiele dam relacje z nim kończyło na obiecankach bez pokrycia (z naciskiem na BEZ POKRYCIA). Jednakże Larry nigdy się nie poddawał i nie przyjmował do wiadomości, że może być jedynie obiektem drwin. Ciągle więc słyszymy z jego ust: Kiedy się ze mną umówisz? A w odpowiedziach bohaterek otrzymujemy tylko kolejne: kiedy zrobisz to i to. No właśnie, bo na tym polega generalnie cała zabawa. Głównym celem miłosnym Larry'ego jest wspomniana kobieta, pracująca na wysokim szczeblu w branży technologicznej, która to także obiecała Larry'emu spotkanie, jednak dopiero w momencie, gdy ten uzbiera wystarczająco dużo punktów w aplikacji jaką jest Bimber (ang. Timber), będącą naturalnie odwzorowaniem Tindera. Kiedy Larry zakłada tam konto (a raczej, gdy pomogli mu w tym spece od technologii, bo Larry naturalnie sam nie poradziłby sobie z takim zadaniem), jest w stanie - jak w Tinderze - przesuwać kolejne profile i tym samym umawiać się na spotkania z osobami, które pojawią się w kolejnych lokacjach. Cel jest jeden: uzyskać jak najwięcej dobrych ocen, by wywindować swój poziom i ostatecznie pójść na randkę z kobietą snów.

Głównym celem miłosnym Larry'ego jest wspomniana kobieta, pracująca na wysokim szczeblu w branży technologicznej, która to także obiecała Larry'emu spotkanie, jednak dopiero w momencie, gdy ten uzbiera wystarczająco dużo punktów w aplikacji jaką jest Bimber.

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrót [6]

Już po pierwszym odpaleniu produkcji, poczujemy się jak w domu. Przejdziemy przez szereg zabawnych pytań, które dokładnie sprawdzą, czy faktycznie jesteśmy pełnoletni. Pytania są zabawne, ale i trudne i nie sądzę, żeby ktoś mający mniej niż wymagane 18 lat był w stanie przebrnąć przez ów test. No, chyba że odpowiedzi uzyska poprzez wujka Google. Po kilku podejściach nareszcie możemy rozpocząć grę, w której na pierwszy plan wysuwa się prostacki humor (czyli taki, jaki lubimy najbardziej) oraz niewybredny żart z nowoczesnych technologii, co bardzo mnie ucieszyło, a poprowadzenie tej kwestii także bardzo pozytywnie zaskoczyło. Larry bowiem, jako przybysz z lat 80., nie ma pojęcia do czego służy smartfon i choć w całej tej międzywierszowej nagonce na nowoczesną technologię nie znajdziemy głębszych myśli (np.: Internet to zuo!), to niejednokrotnie wybuchniemy salwami śmiechu widząc, jak deweloperzy przedstawili upośledzone społeczeństwo, od wspomnianych technologii uzależnione.

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrót [2]

Chyba wystarczającym przykładem tego, czego możemy się tu w tej materii spodziewać jest dialog Larry'ego z samego początku gry. Gdy napotyka on speców od IT (grubych, oślinionych i obleśnych, którzy marzą tylko o tym, aby powąchać znoszone damskie majtki, a samej kobiety na oczy nie widzieli) i dostaje od nich smartfon, pyta: Do czego jest mi to potrzebne? na co kolesie po chwili wymownej ciszy napędzonej niedowierzaniem odpowiadają: Do wszystkiego. Tak jak mówię: nie odnajdziemy tu głębi przekazu czy moralizatorstwa, jednak sami dojdziemy do wniosków, jak wiele zmieniło się w naszym życiu przez tych 40 lat za sprawą rozwoju technologii. Co jeszcze głównie cechuje Wet Dreams Don't Die? Przezabawne nazewnictwo przedmiotów, które odpowiadają tym, z naszej rzeczywistości. Świetną robotę zrobili sami deweloperzy, jak i osoby odpowiedzialne za polską lokalizację. Jest naprawdę bardzo dobrze. Mamy więc Instachłam (Instacrap), Jebdronkę (Biedronkę), PiPhone'a, papierosy o nazwie Jan III Jebacki, czy geniusza nazwiskiem Bill Jobs zarządzającego światową marką Śliwa Incorporated (wypisz, wymaluj Apple). Takich smakowitości jest tu całe mnóstwo i nie sposób przestać się z nich cieszyć. Dla pełni obrazu należy nadmienić, że pomiędzy kolejnymi lokacjami Larry przemieszcza się za pomocą Untera (Ubera), którego zamawia poprzez magiczny (jak dla niego) smartfon.

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrót [5]

I jest to chyba już dobry moment, by przejść do opisu technicznych aspektów produkcji. Mniemam, że nikomu nie trzeba tłumaczyć, iż gra pt. Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry jest klasycznym point'n'clickiem, co oznacza że podczas grania używać będziemy jedynie myszki. Gameplay jest więc szeregiem przedmiotowych zagadek do rozwiązania. Wszystko jest mocno klasyczne jak na ten gatunek gier: po kolejnych planszach zbieramy przedmioty do ekwipunku, by później użyć ich na innych planszach, a także - jeśli jest taka potrzeba - połączyć niektóre ze sobą jeszcze we wspomnianym inwentarzu. Choć zagadki nie są zasadniczo trudne czy przekombinowane to trzeba przyznać, że gra cierpi w kilku miejscach na nadmiar taszczonych ze sobą znajdziek (ponad 30), które trudno jest ogarnąć, spamiętać, a co za tym idzie: właściwie użyć. Tak, jak zauważyłam już wcześniej, gra zbudowana jest w ten sposób, że przemieszczamy się po kolejnych lokacjach (które to są nam udostępniane wraz z kolejnymi poziomami), by wykonać zadania. Prócz wspomnianego ekwipunku pod ręką mamy również PiPhone'a, którym zostaliśmy obdarowani. W owym pajfonie drzemie głosowa asystentka napędzana sztuczną inteligencją, która od czasu do czasu skomentuje nasze (Larry'ego) poczynania. Będą to cięte riposty, jako że asystentka najwyraźniej za Larrym nie przepada. Telefon to także miejsce gdzie znajdziemy aplikacje Bimber, Instachłam oraz Unter. Bez filozofii, łatwo i przyjemnie.

Choć zagadki nie są trudne czy przekombinowane to trzeba przyznać, że gra cierpi w kilku miejscach na nadmiar taszczonych ze sobą znajdziek, które trudno jest ogarnąć, spamiętać, a co za tym idzie: właściwie użyć.

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrót [7]

Raczej łatwe i przyjemne są też zagadki, które - podkreślę raz jeszcze - są w znakomitej części zagadkami przedmiotowymi. Wspomniane jednak nagromadzenie przedmiotów z całą pewnością sprawi, że w pewnym momencie zaczniemy w panice próbować łączyć wszystko ze wszystkim, to jest wtedy, gdy najnormalniej w świecie zatniemy się w gameplay'u nie wiedząc co dalej uczynić. Pozostałe kwestie, te jeszcze bardziej techniczne jak grafika czy udźwiękowienie stoją na bardzo wysokim poziomie. Także wygląd kolejnych lokacji przyrównałabym do tych z serii Deponia. Są kreskówkowe i intrygujące, zawierające wiele Easter Eggów i dwuznaczności. W grę zaimplementowano także system podglądu hotspotów (spacją), na wypadek, gdybyśmy przeoczyli jakąś znajdźkę. Komiczne tło muzyczne jest takie jak powinno, podobnie jak voice acting wszystkich postaci poza... samym Larrym. O ile w dubbingu niemieckim bohater brzmi dość poprawnie (pomijając aspekt samego języka, którego wielu z nas nie może znieść), to to, jak brzmi Larry po angielsku raczej nie spodoba się wielu z Was. To znów udziwniona parodia Rufusa z Deponii, choć nie do końca udana. Na szczęście, do głosiku bohatera po kilkunastu minutach można było się przyzwyczaić.

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrót [3]

Bohaterowie poboczni, choć o dobrze podłożonych głosach (ciekawych, z - nazwijmy to - jajem), to niestety nie są w stanie zapaść w naszej pamięci na dłużej. Owszem, mamy tu puste panienki, jeszcze bardziej pustych kolesi w rurkach, szczupłą-inaczej burdel mamę, masę prostytutek czy kryptogejów, ale generalnie ich osobowości są słabo zarysowane. Pewnie wynika to też z faktu, że postaci jest całkiem sporo i nie dostały one wystarczającej liczby dialogów, by móc głębiej wniknąć w ich temperament. Grunt jednak, że nie przekłada się to na zaniżenie humoru czy wszelkich nieuprzejmości ze strony tychże enpeców. Gwarantuję, że dialogi i przekomarzania niedostosowanego do czasów i sytuacji Larry'ego zachwycą każdego z Was. Zwłaszcza, że jest to opowieść nakreślona wokół szeroko rozumianej technologii. Dlatego też miło będzie nam patrzeć, jak Larry najzwyczajniej w świecie sobie z nią nie radzi. Myli gigabajty z kilobajtami i popełnia inne faux pas w towarzystwie właściwie każdego napotkanego bohatera.

Zarówno fani Larry'ego z tamtych lat jak i młodsi gracze, którzy po prostu dzielą rubaszne poczucie humoru powinni odnaleźć się doskonale w najnowszej odsłonie przygód Larry'ego. Jest bezwstydnie, rasistowsko, seksistowsko, bez zahamowań i arogancko czyli tak, jak powinno być.

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrót [8]

Pierwsze wrażenie, którego dostarcza nam nawet nie sama gra, a chociażby jej zwiastuny są niekoniecznie najlepsze i wcale się nie dziwię. Facjata Larry'ego nie przekonuje, a samo to, że nie jest już sympatycznym pokurczem, a pełnowymiarowym facetem po czterdziestce może budzić przekonanie, że stracił na śmieszności. Tak na szczęście nie jest. To wciąż ten sam, niedopasowany do społeczeństwa, wiecznie napalony, średnio rozgarnięty Laffer, choć z zupełnie innej stajni deweloperskiej. Produkcja ironizuje ze wszystkiego co się da: z wszelkich mniejszości, ale i z nastawienia większości do tychże mniejszości, z mediów społecznościowych, ze zubożenia intelektualnego, z relacji międzyludzkich, z pracoholików... No z czego się tylko da. I pomimo faktu, że zarówno głos jak i całokształt głównego bohatera można by jeszcze podszlifować, a i praca nad inwentarzem i jego pojemnością mogłaby sporo wnieść, to całokształt gameplay'u zapewnia humor na najwyższym (czyli najniższym, ale o to chodzi) poziomie. Zarówno więc fani Larry'ego z tamtych lat jak i młodsi gracze, którzy po prostu dzielą rubaszne poczucie humoru powinni odnaleźć się doskonale w najnowszej odsłonie jaką jest Leisure Suit Larry: Mokre sny nigdy nie wysychają. Podobnie nie wysychają tu także łzy. Te, uronione ze śmiechu.

Recenzja Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry - wielki... powrót [4]

Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry
Cena: 109,99 zł

Leisure Suit Larry: Wet Dreams Don't Dry
  • Żarty na poziomie (Larry'ego)
  • Mnóstwo Easter Eggów nawiązujących do poprzednich odsłon
  • Prześmiewcze podejście do dzisiejszego pokolenia zatraconego w technologii
  • Udana oprawa graficzna oraz muzyczna z naciskiem na dobry voice-acting
  • Wyważona trudność zagadek
  • Przezabawne nazewnictwo znanych nam usług czy nazwisk związanych z branżą IT
  • Słabo nakreślone postaci poboczne
  • Samego Larry'ego można było lepiej dopracować
  • Problemy z inwentarzem: zbyt wiele znajdziek na raz potrafi zmęczyć
  • Rozczarowujące zakończenie
20
Zgłoś błąd
Liczba komentarzy: 29

Komentarze:

x Wydawca serwisu PurePC.pl informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Kliknij zgadzam się, aby ta informacja nie pojawiała się więcej. Kliknij polityka cookies, aby dowiedzieć się więcej, w tym jak zarządzać plikami cookies za pośrednictwem swojej przeglądarki.