Zgłoś błąd

X

Zanim wyślesz zgłoszenie, upewnij się że przyczyną problemów nie jest dodatek blokujący reklamy.

Typ zgłoszenia
Treść zgłoszenia
Twój email (opcjonalnie)
Nie wypełniaj tego pola
.
Załóż konto
EnglishDeutschРусскийFrançaisEspañol中国

Słów kilka o sprzedawaniu tego samego koła kilka razy

LukasAMD | 23-12-2015 21:45 |

Obyś żył w ciekawych czasach – tak właśnie brzmi pewne powiedzonko, jakie Chińczycy zwykli kierować w stronę wrogim im osób. Dlaczego wrogim? Ponieważ czasy ciekawe to też czasy pełne zawieruchy i niepokoju. Na całe szczęście w świecie technologii nie mamy aż takich powodów do narzekania. Te znaleźć się mogą dopiero przy dokładniejszym przejrzeniu się temu wszystkiemu, co nas otacza i co często jest nazywane zupełnymi nowościami, czymś zaskakującym i rewolucyjnym. Produkty masowe nie mogą takie być, przynajmniej nie w momencie, gdy właśnie trafiają do mas, gdy zaczynają przynosić kolosalne zyski przez sprzedaż lub też przywiązanie użytkownika do jakiejś konkretnej usługi. Jeżeli przyjrzymy się wielu „niesamowitościom”, jakie nas otaczają, dojdziemy do wniosku, że tak naprawdę stykamy się z cykliczną wtórnością, a także brakiem zdecydowania.

Hangouts ewoluuje? Nie, to będzie krok wstecz.

Do napisania niniejszego felietonu zachęciły mnie ostatnie doniesienia związane z przyszłymi planami firmy Google. W Sieci pojawiły się plotki, jakoby źródła wewnątrz firmy zdradzały chęć usunięcia z mobilnego komunikatora Hangouts funkcji obsługi wiadomości SMS. To, co robi ta korporacja w ostatnich miesiącach, dobitnie pokazuje, czym takim jest powtarzalność i jak wiele razy można sprzedawać ten sam produkt w nowym opakowaniu. W tym konkretnym przypadku widać także straszną niekonsekwencję, bałagan i nieprzejrzystość oferty skierowanej dla użytkowników. Rzecz jasna Google nie jest w swoich działaniach osamotnione, tego typu zabiegi są obecnie stosowane przez coraz więcej firm, a ostatecznie i tak tracimy na tym my, użytkownicy.

Nie każdy zna Hangouts, warto więc wspomnieć o tym, że jest to komunikator stworzony na potrzeby kont Google. Obsługuje on wysyłanie wiadomości tekstowych, pozwala również na wykonywanie połączeń głosowych i wideo. Komunikator obsługuje statusy użytkowników, może pokazywać naszą ostatnią aktywność i urządzenia, z których korzystamy, a na dodatek umożliwia ukrywanie i blokowanie określonych osób. Skorzystać z niego możemy na kilka sposobów. W przypadku Androida dostępna jest wersja mobilna, na komputerach do niedawna należało używać rozszerzenia lub aplikacji dla Chrome, obecnie dostępna jest także specjalna wersja webowa. Gdyby to nie wystarczało, to czat Hangouts znajdziemy także w obrębie interfejsu Gmaila (o ile go włączymy), a także w panelu bocznym klasycznej wersji sieci społecznościowej Google+.

To mógł być dobry komunikator, gdyby Google zechciało rozwijać go w sposób stabilny, a zarazem znalazło sposób odpowiedniej reklamy.

Komunikator nie jest niczym nowym, Google od lat umożliwiało korzystanie z gTalka, którego Hangouts teoretycznie zastąpiło. Google Talk pojawił się w 2005 i korzystał z otwartego protokołu XMPP. Implementował dodatkowo kilka własnych funkcji, w efekcie nie był ze standardem w pełni zgodny, ale jednak użytkownicy różnych serwerów z całego świata mogli komunikować się z posiadaczami kont Google. To było wygodne rozwiązanie, choć dla firmy w pewien sposób stanowiło ograniczenie – XMPP zapewnia ogromne możliwości, ale nie da się go zmieniać globalnie tak jak własnego, zamkniętego rozwiązania. W efekcie powstało Hangouts, a Google teoretycznie nie akceptuje już połączeń realizowanych za pomocą XMPP. Nie akceptuje? Cóż, jakimś dziwnym trafem nadal mogę z tej opcji korzystać, nawet we własnej domenie w ramach Google Apps. Ogłoszenie wyłączenia XMPP okazało się nieprawdziwe, protokół jest wciąż obsługiwany.

Moim zdaniem Hangouts jest komunikatorem świetnym i jedyne czego mu brakuje to… użytkownicy, przynajmniej w naszych rodzimych, polskich warunkach. Sytuacja wygląda zupełnie jak w przypadku Google+: mamy ciekawe rozwiązanie, ale jakimś trafem nikt z niego nie korzysta. Cóż, w takiej sytuacji sięga się po Messengera. Na telefonie Hangouts jest jednak dobrym rozwiązaniem. Nie dość, że umożliwia komunikowanie się z użytkownikami tej usługi, to jeszcze integruje w sobie obsługę wiadomości SMS – jeżeli z jakimś kontaktem pisaliśmy zamiennie na obu tych platformach, wszystkie wiadomości zobaczymy w jednym miejscu. Kolejny przykład szalenie wygodnego rozwiązania, kiedyś coś takiego oferował nawet Facebook, ale z jakichś przyczyn firma wycofała się z niego i obecnie promuje tylko swój komunikator. Jakiś czas temu Google wydało osobny komunikator do obsługi zwykłych wiadomości na Androidzie, nazywa się on… Messenger. To prosta, ale i szybka aplikacja do wysyłania SMS-ów dla osób, które nie chcą korzystać z Hangouts.

Jak do tego mają się plany Google? No cóż, podsumujmy: korzystano z gTalka i otwartego XMPP, ten został następnie zastąpiony przez Hangouts. Po pewnym czasie pojawiła się obsługa SMS, a komunikator był ulepszany. Następnie firma wydaje Messengera do obsługi SMS, a teraz planuje usunięcie tego modułu z Hangouts. Powodem mają być rzekome problemy z działaniem funkcji SMS. Czy widzicie w takim działaniu konsekwentność? Na anglojęzycznych portalach już zawrzało i użytkownicy usługi przewidują, że firma postanowi rozebrać ją na czynniki pierwsze, a następnie sytuacja się powtórzy: Hangouts zostanie zamknięte, a w jego miejsce pojawi się coś zupełnie nowego. Wbrew pozorom takie wizje nie są wcale bez żadnego pokrycia. Inne doniesienia mówią bowiem o tym, że Google pracuje obecnie nad zupełnie nowym komunikatorem, który mógłby zagrozić Facebookowi. Do tego celu korporacja chce zaprzęgnąć nawet moduły sztucznej inteligencji. Na efekty trzeba jeszcze poczekać, ale sama idea jest wypaczona: użytkownicy Google nie mogą liczyć na stabilny komunikator, ten w ciągu dziesięciu lat zmieniał się, jak widać kilka razy.

Microsoft nie należy do świętych: Windows 10 to "nowe" Menu Start, "nowy" panel sterowania i "nowa" jakość, przynajmniej w broszurce marketingowej.

Nie lepiej sytuacja wygląda u największego internetowego konkurenta, czyli w Microsofcie. Owszem, w tym roku pojawiło się wiele ciekawych rozwiązań, ale te, jakie zdołały jakimś cudem poruszyć masowych odbiorców okazały się czymś, co już dobrze znamy. Za przykład weźmy Windows 10. Miał być rewolucją, a jest po prostu ewolucją systemu znanego nam od lat. Dla wielu osób istotną ze względu na „powrót dawnego porządku świata”, czyli przywrócenie klasycznego Menu Start. Teraz można jasno przyznać, że Windows 8 i jego ekran startowy były jedynie eksperymentami, nieco nieudanymi, bo uderzającymi w przyzwyczajenia, a na dodatek wymagającymi nagłego przejścia na komputery z ekranami dotykowymi. Porażkę tą udało się jednak przekuć w sukces nowego systemu, co widać po liczbie jego instalacji: Windows 10 w niespełna pół roku dogonił Windows 8.1 i możliwe, że do końca miesiąca zacznie go w statystykach przeganiać.

Czym jest natomiast „nowe Menu Start” z Windows 10, jak nie tym, co już dobrze znamy? To żadna rewolucja, a jedynie ubranie w nową formę czegoś, z czym mieliśmy już do czynienia wcześniej. Powiem więcej: ta nowa forma jest znacznie uboższa niż wcześniejsza. Pamiętam jeszcze Windows 98 – ten system umożliwiał skonfigurowanie Menu Start, a każdy następny tylko zwiększał liczbę dostępnych opcji. A teraz? Teraz możemy przypinać kafelki, wyróżniać ostatnio instalowane aplikacje, a także pozwalać systemowi na wyświetlanie reklam w tym miejscu (bo tylko tak można określić sugestie aplikacji umieszczony w sklepie Microsoftu). Opcji konfiguracyjnych w zasadzie nie ma, kafelki i większość ich aplikacji nadal okazuje się nieprzydanych. Proszę państwa, to jest tak zwany postęp: to nic, że na wykresie przedstawiającym liczę dostępnych opcji idzie w dół, to progres, a także coś zupełnie nowego!

Niestety dla Microsoftu, nie jest to jedyny aspekt, w którym widać niezdecydowanie i wtórność. Popatrzmy na przeglądarkę Edge. Miała być czymś rewolucyjnym. Faktycznie jest, choć jedynie w porównaniu do Internet Explorera i jedynie w kwestii wsparcia nowoczesnych technologii internetowych. Gdy zajrzymy do opcji konfiguracyjnych, zobaczymy pustkę. Brak rozszerzeń, brak pełnej synchronizacji, brak dokładnych ustawień związanych z bezpieczeństwem… Zaraz zaraz.. przecież wszystko to ma stary, dobry (serio, nie jest aż taki zły) Internet Explorer 11, a nawet i starsze jego wersje. Kolejna firma, która ma ogromny budżet, a serwuje nam… no właśnie jak to coś nazwać? Wydmuszką? Nie przeczę, Edge ma swoje zalety, jak mało która przeglądarka przyśpiesza odtwarzanie wideo, no ale przecież nie samym YouTube człowiek żyje, a Firefox czy Chrome są wręcz lata świetlne dalej pod względem oferowanych możliwości. Gdzie ta rewolucja, na którą czekaliśmy? No tak, pojawi się w kolejnych miesiącach, dzięki czemu Microsoft będzie w stanie stopniowo, powoli utrzymywać wysokie zainteresowanie. Zamiast pojedynczego wielkiego bum, seria mniejszych pomruków: właśnie tak powinniśmy interpretować rozwój systemu jako usługi.

W ostatnich dniach dowiedzieliśmy się, że korporacja zamierza także przywrócić do OneDrive funkcję „mądrych plików” odpowiedzialną za wybiórcze synchronizowanie danych zgromadzonych w chmurze. Świetnie, tylko dlaczego nie zrobiono tego wraz z premierą Windows 10? Funkcja ta zadebiutowała w poprzedniej edycji systemu, była kapitalnym pomysłem, ale nie została dobrze zrealizowana i powodowała problemy. Zamiast ją naprawić, udoskonalić, zdecydowano się na jej usunięcie. Dlaczego? Bo przecież można po roku, dwóch pokazać zupełnie to samo jako kompletną nowość. Należę do grona osób, które korzystały jeszcze z oprogramowania Live Mesh (dawna nazwa chmury OneDrive, jeszcze przed SkyDrive), a także usługi Live Domains – tam tego typu mechanizmu nie było, ale i tak był on bardziej zaawansowany niż to, z czego możemy korzystać obecnie. Jestem jedną z osób, która widziała te zmiany na bieżąco i także w tym przypadku muszę stwierdzić, że dziwnie wyglądają decyzje podejmowane w firmie. Rzecz jasna udało się jej dzięki nim wykorzystać marketing i przebić do świadomości jeszcze szerszego grona użytkowników.

Smartfonowy wyścig przechodzi na coraz wyższe pułapy nie tylko cen, ale i absurdu. Płacimy znacznie więcej za zaledwie drobne ulepszenia.

Sprawy takie nie ograniczają się jedynie do oprogramowania. W ostatnim czasie stanąłem przed dylematem wyboru nowego telefonu komórkowego. Dwa lata temu nabyłem LG G2 i szczerze mówiąc, po sprawdzeniu obecnej oferty różnych producentów trudno było znaleźć cokolwiek, co mogłoby go godnie zastąpić. Kupno flagowca z najwyższej półki nie ma sensu ze względu na ogromne spadki wartości w krótkim czasie, a średnia półka obfituje w produkty co najwyżej niejakie. Dwa lata temu do G2 trafił Snapdragon 800 i 2 GB RAM: taka konfiguracja w połączeniu z wyświetlaczem o rozdzielczości Full HD jest wystarczająca po dziś dzień. Jeżeli uwzględnimy, że nie jestem amatorem mobilnych gier, problem wydajności niemal w zasadzie nie istnieje (niemal, bo Android 5.0 w wykonaniu LG to niestety błąd związany ze sporymi wyciekami pamięci). Nadal trudno jest także znaleźć urządzenia, które wykorzystywałyby w tak kapitany sposób przedni panel i oferowały duży wyświetlacz z zachowaniem choć w miarę kompaktowych wymiarów.

Przeglądając oferty, doszedłem do wniosku, że po dwóch latach musiałbym przeznaczyć znacznie ponad tysiąc złotych za przeciętny aparat (który nadal nie przebija niezłego kompaktu), podobne wydajnościowo procesory i najprawdopodobniej tyle samo pamięci operacyjnej. Dwa lata minęły, a rynek w zasadzie niewiele się zmienił? Oczywiście, za chwilę trafią na niego pierwsze urządzenia ze Snapdragonami 820, ale czy to naprawdę potrzebne? Obecna stagnacja dobitnie pokazuje, że wyścig zbrojeń nie ma aż tak wielkiego sensu, mobilni gracze to natomiast nisza. G2 idealny nie jest, ma cichy głośnik i skrzypiącą obudowę, niemniej czy ktoś mógłby mi zagwarantować, że znalazłbym lepsze urządzenie, które byłoby pozbawione jakichkolwiek wad? Niestety nie, obecnie jest to niesamowita sztuka kompromisu, a nowości to jedynie ulepszane aparaty, wydajniejsze podzespoły i pojemniejsza pamięć operacyjna. Co z elementami, które mogłyby znacznie zmienić rynek? Los tabletów i ich spadającej sprzedaży pokazuje, że objęta obecnie droga nie ma przyszłości.

Rynek gier to prawdziwy dramat. Lepiej sięgnąć po indyka i cieszyć się czymś nieco innowacyjnym, zamiast po raz kolejny walczyć za miłujące pokój Stany Zjednoczone.

Nie jestem już co prawda graczem, ale obserwuję ten rynek i od większości tego, co widzę, po prostu ręce mi opadają – gry do najtańszych nie należą, a nastawione są głównie na grę po Sieci. Kampanie dla pojedynczego gracza są krótkie, albo sztucznie wydłużone ogromem podobnych zadań pobocznych. Nie przeczę, sam bawiłem się tak długo w np. obu częściach Borderlands, ale z aktualnej perspektywy uważam, że te 50 godzin poświęcone na każdą z tych gier było czasem zmarnowanym. Gdybym teraz chciał powrócić do gier, najprawdopodobniej kupiłbym albo coś, co pozwoliłoby na rozegranie nieco starszych tytułów, albo którąś z popularnych konsol: żadna nie jest idealna, obie są pokonywane przez sporo zestawów komputerowych, ale u licha, przecież nie o grafikę się sprawa rozbija! Kolejne części Need for Speeda to różne zmiany w detalach (acz różnice w cenie już jakoś tak drobne nie są), a ja wciąż wolę wrócić do leciwego już Jaguara XJ220 z Amigi, gdzie podczas wyścigów musieliśmy nawet pamiętać o tankowaniu.

Ileż to razy można przechodzić kolejną kopię Far Cry 2, ileż to razy można siekać miliony „złych terrorystów” w obronie pięknej, amerykańskiej demokracji? Niestety tutaj wejście z czymś innowacyjnym to ogromne koszty i ryzyko upadku w razie niepowodzenia. Poza tym powiedzmy sobie szczerze, jak świat odebrałby grę, w której stajemy się np. partyzantem walczącym z regularną armią Izraela? Czy zostawiono suchą nitkę na grze, w której przejmowaliśmy kontrolę nad grupą IRA mającą na celu zniszczenie pewnych obiektów? Niestety, ten świat jest wolny tylko w obrębie pewnych ustalanych przez pewne osoby granic. Nawet jednak wprowadzenie tego typu gier nie musiałoby przecież oznaczać rewolucji. Poszczególne gatunki mają teraz spore braki, ale to nie oznacza, że gracze kompletnie zapomnieli o starszych tytułach – sam ostatnio wróciłem do Jagged Alliance 2… i wciąż jestem pełen podziwu, jak można było ponad piętnaście lat temu wprowadzić coś tak szalenie rozbudowanego.

Wybór należy do nas: nie musimy wcale opłacać wciąż tych samych produktów.

Wymienione tu przykłady są tylko kilkoma. Tak naprawdę możemy je mnożyć bez końca – to nie tak, że poszczególne firmy wymyślają koło na nowo. One dobrze je znają i mają w swoich magazynach. Zamiast tego wydają pieniądze na jego odpowiednie przypudrowanie, dobre opakowanie, a następnie znów wypuczają na rynek jako coś „zupełnie nowego”. My natomiast idziemy i kupujemy. Dlaczego? Bo chcemy coś mieć, choćby dla chwilowej przyjemności, bo chcemy poczuć się lepsi, bo wreszcie mamy wrażenie obcowania z czymś magicznym, najnowszym, świetnym. Dobrze, że w tej sytuacji choć jedna osoba jest zadowolona, ta, która liczy zyski. Tym oto akcentem chciałbym zakończyć, a także życzyć wszystkim Wam udanych, pogodnych Świąt Bożego Narodzenia. Święta też są powtarzalne, ale pamiętajcie, że nie liczą się w nich przedmioty, prezenty, lecz rodzina.

Źródło: PurePC.pl
1
Zgłoś błąd
Łukasz Tkacz
Liczba komentarzy: 91

Komentarze:

x Wydawca serwisu PurePC.pl informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Kliknij zgadzam się, aby ta informacja nie pojawiała się więcej. Kliknij polityka cookies, aby dowiedzieć się więcej, w tym jak zarządzać plikami cookies za pośrednictwem swojej przeglądarki.