.
Załóż konto
EnglishDeutschРусскийFrançaisEspañol中国
 

Recenzja Singularity - Zegarmistrz światła purpurowy

Sebastian Oktaba | 13-07-2010 00:02 |

Podróże w czasie, obok lekarstwa na porannego kaca (ewentualnie popołudniowego), nieodrastającego zarostu oraz trzydniowego tygodnia pracy, to bodajże największe marzenie sporej części populacji. Przepraszam uprzejmie, chyba jeszcze bezwarunkowe zniesienie akcyzy na papierosy, alkohol oraz paliwa płynne warto dołączyć do tej skromnej listy, coby wszystkich usatysfakcjonować. Osobiście podpisuję się pod powyższymi postulatami czterema kończynami, chociaż każdy z nich mógłby zostać sklasyfikowany w kategorii fantastyki. Gry komputerowe mają jednak tę niekwestionowaną zaletę, że potrafią spełniać nawet najbardziej szalone pragnienia... przynajmniej w ograniczonym zakresie. Wyłączając niemal darmowe używki oraz trudne kwestie środowiskowo-roboczo-finansowe, spośród wymienionych powyżej pozostaje nam więc tylko zabawa czasem. Motyw manipulowania jego upływem widzieliśmy ostatnio w średnio udanym Darkest of Days, oddającym walkowerem pole do popisu innym - na przykład Raven Software. Ojcowie wielu wybitnych shooterów (Hexen, Soldier of Fortune, Jedi Knight II: Jedi Outcast) w swoim najnowszym dziele podjęli zatem podobny temat i spłodzili zakręcone Singularity...

Autor: Caleb - Sebastian Oktaba

Dawno temu zasłyszałem niezwykle inspirujące powiedzenie, które brzmiało mniej więcej tak: „jeśli nie zrobisz czegoś z czasem, on zrobi coś z tobą” i trudno z tym faktem polemizować. Powyższa sentencja idealnie pasuje również do Singularity, bowiem czas w przedstawionej historii odgrywa niebagatelne znaczenie... ściślej zaś, jego wpływ na osoby oraz rzeczy. Filozoficzne wywody dotyczące ulotności życia i towarzyszące temu dylematy, wbrew obawom poniektórych, tematem przewodnim nowej produkcji Raven nie będą. Jako Nate Renko, członek elitarnej amerykańskiej jednostki wojskowej, wyruszamy z misją zwiadowczą na opuszczoną wyspę Katorga-12, gdzie w latach pięćdziesiątych Rosjanie wybudowali ściśle tajną bazę. Inżynierowie dziadzi Stalina odkrywszy minerał E99 o niezwykłych właściwościach szybko zrozumieli, że dzięki niemu mogą przeinaczać bieg historii i wygrać Zimną Wojnę. Naczelne dowództwo wiązało ze znaleziskiem wielkie nadzieje, snuło plany panowania nad światem oraz tworzenia nadludzi wyrabiających 200% normy. Niestety, eksperymenty zakończyły się spektakularnym fiaskiem, okolica uległa skażeniu, personel techniczny prawdopodobnie zginął, a całej sprawie ukręcono łeb. Ponad pół wieku później, podczas zwiadowczego przelotu wybrzeżem Katorga-12 nasz śmigłowiec zostaje porażony ładunkiem EMP. Awaryjnie lądujemy, cudem unikamy śmierci i dalej musimy radzić sobie sami. Piesza wycieczka do przyjemnych raczej należeć nie będzie, bo zapomniana przez Boga wyspa skrywa wiele mrocznych osobliwości wśród których anomalie i tunele międzywymiarowe, to dopiero początek. Cóż, ponownie trzeba odkurzyć strój superbohatera i zabrać do brudnej roboty...

Scenariusz nie jest wprawdzie odkrywczy, ale napisany profesjonalnie i dość zręcznie, chociaż opowieść w pewnym momencie zdaje się połykać własny ogon. Najpierw komplikujemy teraźniejszość przypadkową ingerencją w przeszłości, aby za chwilę znaleźć się w zmienionej przez wcześniejsze uczynki przyszłości. Globalną dominację ZSRR trudno nazwać korzystnym układem, dlatego ponownie wracamy do 1955 roku próbując cofnąć niefortunne decyzje ubiegłej wizyty. Powstaje wtedy trudny do opisania galimatias, powoli wymykający się spod kontroli. Nieustannie przedzieramy się więc przez zastępy wrogów cichcem licząc, że przy odrobinie szczęścia odwrócimy smutny los, jaki własnoręcznie zgotowaliśmy ludzkości. Po drodze spotkamy naukowca odpowiedzialnego za projekt badawczy na Katorga-12 oraz ponętną niewiastę pracującą dla organizacji MIR-12, razem dzielnie wspomagających kapitana Renko w trakcie samobójczej misji. Oczywiście, nie mogło zabraknąć szablonowego szwarccharakteru - opętanego manią władzy sowieckiego generała-dyktatora, będącego... hmm, to musicie już odkryć samodzielnie. Zgoda, fabuła brzmi trochę zagmatwanie, ale do przesadnie skomplikowanych wcale nie należy, pomimo iż często wywija fikołki. Suma summarum, główny wątek dobrze spełnia swoją rolę będąc czymś więcej, niżeli pretekstem do mordowania setek przeciwników. Najwytrwalsi zostaną uraczeni jednym z trzech zakończeń, niemniej podobnie jak gros klasycznych shooterów, Singularity jest absolutnie liniowe.

Twoja ocena publikacji:
0
Sebastian Oktaba
Liczba komentarzy: 8

Komentarze:

x Wydawca serwisu PurePC.pl informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Kliknij zgadzam się, aby ta informacja nie pojawiała się więcej. Kliknij polityka cookies, aby dowiedzieć się więcej, w tym jak zarządzać plikami cookies za pośrednictwem swojej przeglądarki.