.
Załóż konto
EnglishDeutschРусскийFrançaisEspañol中国

Recenzja Resident Evil 5 PC - Pożegnanie z Afryką

Sebastian Oktaba | 14-10-2009 11:06 |

Capcom długo trzymał graczy w niepewności, czy Resident Evil 5 zawita na blaszaki. Radości było co nie miara, gdy plotki znalazły potwierdzenie w faktach, zaś data premiery nie odbiegała zbytnio od konsolowej. W końcu Resident Evil to obok Silent Hill jedna z najstarszych oraz najbardziej szanowanych serii ocierających się o klimaty gore, koszmaru i horroru. Przynajmniej takie były pierwotne założenia, bowiem już w Resident Evil 4 można było zaobserwować fundamentalne zmiany. Gra z konwencji action-adventure przeobraziła się w strzelaninę Tpp. Co prawda nadal pozostawała wierna survivalowym korzeniom, ale było to jednak coś innego. Sugestywny klimat oraz wymagające łamigłówki ustąpiły miejsca regularnej naparzance. Zniknęły także klasyczne zombie, zastąpione przez zarażonych tajemniczym wirusem ludzi oraz zmutowane potwory. Dawna atmosfera rozpłynęła się niczym poranna mgła, ale tytuł zyskał zagorzałe grono sympatyków. Farciarze z Capcon ponownie trafili w gusta gawiedzi. Było więc niemal pewne, że od Resident Evil 5 powrotu do korzeni próżno oczekiwać. Chodzące zwłoki już nie cuchną jak niegdyś, cóż zatem otrzymaliśmy?

Autor: Sebastian „Caleb” Oktaba

Pożegnanie z Afryką nastąpiło niespodziewanie. Z chwilą gdy wirus wyprodukowany przez korporację Umbrella dostał się w ręce bioterrorystów, świat stanął na krawędzi nowej fali chaosu. Kraje trzeciego świata potraktowano jako poligon doświadczalny, gdzie nikt nie rejestruje ile osób umiera... a ile ponownie budzi do życia w odmienionym stanie. Czarny ląd targany konfliktami militarnymi, społecznymi oraz kulturowymi stwarzał idealne warunki do wypróbowania nowego typu zabójczej broni. Eskalacja przemocy, gwałtu i śmierci była tylko kwestią czasu. Zbliżał się czas apokalipsy. Dopóki osoby pociągające za sznurki przebywały na wolności, nikt nie mógł czuć się bezpiecznie. Z misją odnalezienia i schwytania niejakiego Ricarda Irvinga, oddelegowany zostaje Chris Redfield. Chojrak mierzył się już niejednokrotnie z efektami prac Umbrelli, nabierając cennej praktyki i doświadczenia. Od incydentu w rezydencji na przedmieściach Raccoon City minęło kilka długich lat, zdążył więc podbudować sylwetkę oraz zmienić posadę. Teraz pracuje dla B.S.A.A. (Bioterrorism Security Assessment Alliance) będąc zawsze tam, gdzie dzieje się coś niedobrego. Afryka wita go raczej chłodno, ale humor szybko poprawia lokalna działaczka B.S.A.A. - Sheva Alomar. Dziewczyna z krwi i kości, mająca swoje powody żeby pracować w tym zawodzie, służy wiedzą oraz fachowym wsparciem. Razem ruszają na spotkanie z łącznikiem, bacznie obserwowani przez mieszkańców Kijuju - zabitej dechami wioski pośrodku niczego. Gorące powietrze podsyca nerwową atmosferę, nie pozwalając się odprężyć. Wycieczka na sawannę chyba nie została wliczona w koszta, zimne drinki tym bardziej... Zresztą, miejscowi wydają się dość dziwni... Dalej, jak łatwo wydedukować, sprawy przybierają dramatyczny obrót. Fabuła rozkręca się powoli zahaczając również o wydarzenia z poprzednich odsłon. Zręcznie wykorzystano wątki poznanych dotychczas bohaterów i pasożyta Las Plagas, dodatkowo uwierzytelniając przedstawioną historię. Fani cyklu nie powinni czuć się zawiedzeni.

Co należy zaznaczyć już na wstępie, Resident Evil 5 został stworzony z myślą o trybie kooperacji. Nic w końcu nie zastąpi żywego partnera, asekurującego nas gdy przeładowujemy broń lub myszkujemy po magazynie w poszukaniu amunicji. Duety nie są w „Rezidencie” żadną nowością, ale tym razem współpraca została jeszcze bardziej zacieśniona. Sheva pełni rolę nie tylko efektownego przydupasa, ale w stu procentach użytecznego żołnierza. W kampanii dla samotnego gracza nad partnerem kontrolę przejmuje S.I., które spisuje się całkiem przyzwoicie. Co prawda zdarzają się wpadki gdy koleżanka po fachu marnuje niepotrzebnie naboje, zatarasuje nam drogę lub wjedzie w tłum przeciwników, aczkolwiek zazwyczaj można na niej polegać. Z linii strzału odsuwa się bez proszenia, podleczy i uratuje tyłek przed wychędożeniem – ot, filar drużyny. Zresztą, pokonywanie przeszkód terenowych, wyważanie drzwi, obsługa osprzętu czy wreszcie nieustająca walka z afrykańskim motłochem, to zadanie dla co najmniej dwojga. Poza tym, charakter gry jest wybitnie liniowy. Do celu zawsze prowadzi jedna z góry ustalona ścieżka, dla której nie przewidziano alternatyw. Bez względu na potencjał lokacji skróty i przejścia zostały zatarasowane. Dziwne, tym bardziej iż obszary miejskie byłyby idealne do zastawiania zasadzek tudzież zwiewania przed rozjuszonymi oponentami. Ograniczenia wydają się sztuczne, żeby nie powiedzieć idiotyczne i rażą w oczy. Niepodarte wrażenie przemieszania się po ówcześnie przygotowanym labiryncie, to już cecha charakterystyczna Resident Evil. Niemniej prostolinijny styl gry sprawia, że o wysublimowanych metodach pacyfikacji błyskawicznie zapominamy. Liczy się tylko przetrwanie...

Twoja ocena publikacji:
0
Sebastian Oktaba
Liczba komentarzy: 0
Ten wpis nie ma jeszcze komentarzy. Zaloguj się i napisz pierwszy komentarz.
x Wydawca serwisu PurePC.pl informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Kliknij zgadzam się, aby ta informacja nie pojawiała się więcej. Kliknij polityka cookies, aby dowiedzieć się więcej, w tym jak zarządzać plikami cookies za pośrednictwem swojej przeglądarki.