Zgłoś błąd

X

Zanim wyślesz zgłoszenie, upewnij się że przyczyną problemów nie jest dodatek blokujący reklamy.

Typ zgłoszenia
Treść zgłoszenia
Twój email (opcjonalnie)
Nie wypełniaj tego pola
.
Załóż konto
EnglishDeutschРусскийFrançaisEspañol中国

Recenzja Duke Nukem 3D - Forever Young... Baby!

Sebastian Oktaba | 21-05-2010 18:09 |

Damn I'm good!

Jest wiele rzeczy jakich szczerze nie znoszę: kiepskie żarcie, brzydkie laski oraz zwietrzałe piwo, ale szczególnie przywykłem gnoić kosmitów z ambicjami zniewolenia rasy ludzkiej. Nie żebym strasznie przejmował się losami bliźnich - po prostu jestem międzygalaktycznym rasistą. Możecie mi wierzyć, że podobnego tatałajstwa jakie zaatakowało Los Angeles latem 1995 roku nigdy wcześniej ani później nie spotkałem. Podstawowe mięcho armatnie wzbudzało w bohaterach mojej klasy tylko śmiech, choć w większej kupie potrafiło napsuć krwi. Świnie w mundurach LAPD (cóż za niesłychany zbieg okoliczności) oraz maszkary przypominające skrzyżowanie atlety z bykiem (?) ewentualnie człowieka z tygrysem, szlachtowałem tuzinami. Gorzej, gdy do imprezy postanowiły dołączyć bardziej wyszukane stwory. Obrzydliwe grubasy pozbawione nóg i zawartości dyndającej pomiędzy nimi (Holy Shit!), zasługiwały tylko na współczucie i natychmiastowe spacyfikowanie. Zmutowane ośmiornice, kokony rodzące pełzające gluty przysysające się do twarzy oraz przeciwnicy zmechanizowani potrafili być bardzo natrętni, ale nikomu nie odmówiłem porcji ołowiu. Stawkę zamykali lokalni watażkowie, znani szerzej jako „Bossowie” czekający na manto u kresu każdej z wypraw. Rozsmarowanie po ścianach tych gagatków zazwyczaj wymagało zużycia całego posiadanego arsenału, ale niech mnie kule biją - było warto. Nawet teraz nie mogę wyjść z podziwu, jak malowniczo rozpadały się zwłoki adwersarzy broczących obficie posoką. Pękali niczym pomidorki potraktowane petardą - ręka, noga, mózg na ścianie - żadnej litości.

Zdradzę Wam pewną tajemnicę - najlepszym przyjacielem aktywnie działającego herosa jest jego spluwa. Dobra giwera nie grymasi, zawsze można na niej polegać i nigdy cię nie zawiedzie, jeśli regularnie ją czyścisz. Równie ważna jest różnorodność, żeby rutyna nie zabiła przyjemności z mordowania hołoty i pozwalała stale ewoluować zawodowo. Broń miała w tamtych czasach tę zaletę, iż nie wymagała przeładowywania - waliłem ile wlezie do wyczerpania magazynków, zaciskałem zęby i liczyłem trupy. Przygodę zaczynałem od Desert Eagle oraz strzelby pompowej, niemniej szybko zrozumiałem, że potrzebuję zdecydowanie więcej nietuzinkowych zabawek. Łańcuchowy karabin mechaniczny usatysfakcjonował mnie na krótką chwilę, podobnie jak rewelacyjna wyrzutnia rakiet i granaty odpalane zdalnie. Prawdziwa frajda z zabijania przyszła jednak wraz z zamrażaczem, zmniejszaczem, devastatorem oraz laserowymi minami. Ależ czułem niepohamowaną radość, gdy rozbijałem skute lodem ciała lub miażdżyłem butem kurduplowate sylwetki niedoszłych oprawców. Jednocześnie potrafiłem rozgromić kilkunastu łapserdaków bez używania lamerskich spowalniaczy czasu czy adrenaliny, ale nie pogardziłem odjechanym gadżetem. Przepyszne sterydy dawały niezłego kopa, noktowizor pozwalał dostrzec niebezpieczeństwo w ciemnościach, buty ochronne umożliwiały spacerowanie po żrących substancjach, zaś przenośna apteczka ratowała w krytycznych sytuacjach. Szczytem lansu okazały się holoduke i jetpack - wynalazki jakich mało. Pierwszy tworzył moją podobiznę wprowadzając wrogów w błąd, drugi z kolei dodawał skrzydeł... dosłownie. Wszystko razem tworzyło niesamowitą mieszankę, czyniącą hardcorową rzeź jeszcze miodniejszą, bardziej dynamiczną i niepokojąco wesołą.

Nawet gdy wszelkie niebezpieczeństwo minęło i świat został ocalony, niedostatek rozrywki nikomu nie groził. Znałem niezawodne lekarstwo na schorzenie zwane powszechnie nudą. Wyobraźcie sobie grupkę blond przystojniaków, każdy w innym kolorze seksownie obcisłych gatek i na stałe przytwierdzoną ogromną pukawką. Parada gejów przebranych za służby mundurowe? Absolutnie! To wieloosobowy sport dla najtwardszych facetów, reinkarnacja gladiatorów w XXI wiecznym wydaniu i emocje bliskie ekstazie. Zmagania pomiędzy maksymalnie ośmiorgiem napakowanych Książąt, były lepsze niż ktokolwiek pierwotnie przypuszczał - nawet fani z obozu Quake'a. Bezpłciowe, szarobure, przygnębiające szarżowanie ze spawarką nie dorównywało naszej finezji i rozwałce w rytmie rock'n'rolla. Deatchmatch w takim wydaniu smakował wybornie również dzięki genialnemu projektowi plansz, gdzie mogliśmy się solidnie wyżyć. Dla znudzonych wzajemnym zabijaniem, preferujących wspólną walkę w imię naiwnych ideałów pozostawał Cooperative. Jeden Duke potrafił zdziałać niesłychanie wiele, ale kilku? Specjalnie na takie okazje pomyślano o poziomie trudności z nieskończoną ilością potworów. Ja i moi bracia bliźniacy opanowaliśmy sieć LAN na długie miesiące, paraliżując szkolne pracownie, firmy oraz biura... Dzieciaki, muszę już lecieć więc kończę swoją opowieść. Pamiętajcie! Duke jest „The Best”, nic tego nie zmieni i obiecuje, że jeszcze do Was wrócę, aby to udowodnić. Kiedy? Jak będę gotowy...

0
Zgłoś błąd
Sebastian Oktaba
Liczba komentarzy: 12

Komentarze:

x Wydawca serwisu PurePC.pl informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Kliknij zgadzam się, aby ta informacja nie pojawiała się więcej. Kliknij polityka cookies, aby dowiedzieć się więcej, w tym jak zarządzać plikami cookies za pośrednictwem swojej przeglądarki.