.
Załóż konto
EnglishDeutschРусскийFrançaisEspañol中国

Recenzja Drakensang: The River of Time - Słodkie deja vu

Sebastian Oktaba | 24-09-2010 22:20 |

Jesień nierozłącznie kojarzy się z deszczem, ochłodzeniem i gwałtownie łysiejącymi drzewami, co potrafi skutecznie wpędzić w nostalgiczny bądź wręcz depresyjny nastrój. Tradycyjnie, okres ten skutkuje wzmożonym ruchem w pubach oraz licznymi zwolnieniami lekarskimi za sprawą przeziębień i grypy, zaś ostatnimi czasy także tytułami Role-Playing. Wraz z końcem lata premiera goni premierę, jakby wydawcy chcieli nam zrekompensować kapryśną aurę. Tylko we wrześniu i październiku światło dzienne ujrzą przecież Two Worlds II, Arcania: Gothic IV, Fallout: New Vegas oraz dodatki do Dragon Age: Origins - Witch Hunt i Mass Effect 2: Lair of the Shadow Broker. Jednak jako pierwszy debiutuje długo wyczekiwany Drakensang: The River of Time, prequel bardzo udanego Drakensang: The Dark Eye. Produkcja naszych zachodnich sąsiadów okazała się pozycją godną miana klasycznego cRPG, utrzymanego w sielskich czy nawet bajkowych realiach i została dość wysoko oceniona przez branżowe media (PurePC - 75/100). Porównania do legendarnego Baldur's Gate czy Realms of Arkania, najlepiej chyba świadczą o efekcie pracy programistów studia Radon Labs. Teraz kolorowy świat Aventurii ponownie potrzebuje nieustraszonych bohaterów! Czy tym razem przygoda okaże się równie wciągająca?

Autor: Caleb - Sebastian Oktaba

Na początek pozwólcie, że pójdę niejako na łatwiznę i zacytuję samego siebie, przytaczając fragment recenzji Drakensang: The Dark Eye. Rzecz dotyczy systemu z którego korzysta seria, więc niczego nowego w tej materii raczej nie wymyślę. Papierowa wersja Das Schwarze Auge w Niemczech cieszy się niesłabnącą popularnością, ale globu dotychczas nie zawojowała. Podejrzewam, że w nadwiślańskim kraju również niewielu jest amatorów czystego DSA. Nie zmienia to faktu, iż całość wygląda na bardzo przemyślany i dopracowany, lecz konserwatywny twór. DSA nie przełamuje archetypów, nie podchodzi na nowo do oklepanych tematów i przede wszystkim - nie zaskakuje miłośników AD&D oraz Warhammera. Oczywiście różnice są zauważalne, niemniej analogie do wymienionych wyżej systemów fabularnych bywają nader widoczne. Właściwa akcja dzieje się na kontynencie zwanym Aventuria, który jak żywo przypomina sławne zielono-złote Wybrzeże Mieczy. Czujecie fluidy? Drakensang zalatuje fantasy aż miło, stanowiąc gratkę nie tylko dla entuzjastów gier spod szyldu Forgotten Relams, ale także powieści J.R.R. Tolkiera. Osoby, które dobrze bawiły się przy The Dark Eye powinny być zadowolone, że tytuł nie przeszedł żadnej drastycznej metamorfozy - to nadal podobne zasady, stylistyka oraz baśniowy klimat. Skoro The River of Time zadebiutowało w Niemczech ponad pół roku temu, miejmy nadzieję iż ewentualne błędy zostały w międzyczasie wyeliminowane. Zbierać więc tobołki - wyruszamy!

Drakensang: The River of Time jest prequelem, toteż przedstawiać będzie wydarzenia rozgrywające się dwadzieścia trzy lata przed tymi z Drakensang: The Dark Eye. Wbrew pozorom nie trafimy w zupełnie obce towarzystwo, tym bardziej, że narratorem opowieści zostaje znany skądinąd krasnoludki wojownik Forgrimm. Brodaty awanturnik z łezką w oku wspomina pewną brzemienną w skutki wyprawę, jaką odbył wraz z grupą dawnych druhów wśród których spotkamy Ardo - postać obecną w pierwszej odsłony serii. Fabuła błyskawicznie przenosi nas do roku 1009, gdzie wcielamy się w zupełnie „zielonego” bohatera płynącego wraz z handlarzami do nabrzeżnego miasta. Służba na statku do ekscytujących wcale nie należy lecz niebawem wszystko ulegnie zmianie. Podczas nocnego obozowania zostajemy napadnięci przez zgraję rzecznych piratów, których co prawda udaje się rozgromić, ale część drogocennego ładunku przepada. W bitwie zostajemy ciężko ranni lecz heroiczną postawą zyskujemy szacunek i względy trójki tajemniczych pasażerów - wspomnianych wcześniej Forgrimma, Ardo oraz Cano. Jak łatwo można przewidzieć, panowie nie byli kupcami sprzedającymi zwykłą rzepę i teraz muszą za wszelką cenę odzyskać transportowany ładunek. Jaki? Tego zdradzić nie mogą... Tak więc dziwnym zrządzeniem losu nasze ścieżki się krzyżują, dając początek niezapomnianej przygodzie. Dołączywszy do wesołej komitywy odkryjemy nie tylko spiski, przeżyjemy dziesiątki niebezpieczeństw i zyskamy prawdziwych przyjaciół, lecz poznamy własne przeznaczenie... Ponownie przebędziemy drogę od zera do bohatera - ta zasada jest nieśmiertelna w cRPG i wciąż stanowi trzon zapadających głęboko w pamięci historii.

Twoja ocena publikacji:
0
Sebastian Oktaba
Liczba komentarzy: 1

Komentarze:

x Wydawca serwisu PurePC.pl informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Kliknij zgadzam się, aby ta informacja nie pojawiała się więcej. Kliknij polityka cookies, aby dowiedzieć się więcej, w tym jak zarządzać plikami cookies za pośrednictwem swojej przeglądarki.