.
Załóż konto
EnglishDeutschРусскийFrançaisEspañol中国

Recenzja Call of Juarez: Więzy Krwi - Bardzo dziki zachód

Sebastian Oktaba | 04-07-2009 12:00 |

Whisky, gorączka złota, rewolwery, palące słońce, sępy, wzgórza Brokeback, kurz i bród... jednym słowem Dziki Zachód. Swego czasu był to temat niezwykle popularny, szczególnie wśród dzisiejszych czterdziestolatków. Spaghetti westerny z Clintem Eastwoodem czy Johnem Waynem spopularyzowały ten gatunek w kraju za żelazną kurtyną. Dziś to już klasyka, dostępna w każdym kiosku. Co z tego, że filmy przedstawiały ówczesne realia w sposób stereotypowy, czy wręcz zakłamany - dla przeciętnego Kowalskiego nie miało to żadnego znaczenia. Poza tym, czyż klimat Dzikiego Zachodu nie wydaje się wręcz idealny na rasowego shootera? Wybór scenariuszy, zarówno tych ambitniejszych jaki i kompletnie sztampowych, jest przeogromny. W końcu ile można zabijać oślizgłych kosmitów lub przepędzać naszych zachodnich sąsiadów? Niestety, gry komputerowe od ładnych paru lat omijają podobną tematykę. No dobra, trochę minąłem się z prawdą. Lukę w rynkowym asortymencie dostrzegł między innymi Techland wydając ponad dwa lata temu Call of Juarez. Był to strzał w dziesiątkę i zarazem spory sukces finansowy dla firmy, dlatego też na drugą odsłonę czekaliśmy z wielkim zainteresowaniem. I nareszcie premiera Call of Juarez: Więzy Krwi stała się faktem. Recenzja jest już gotowa, niezwłocznie powinniście więc oddać sie lekturze... Cóż, od razu możemy powiedzieć bez krzty wątpliwości: gra kopie!

Autor: Sebastian „Caleb” Oktaba

Krótkie intro, inicjalizujące tryb fabularny Call of Juarez: Więzy Krwi, daje jasno do zrozumienia, że główni bohaterowie, pomimo oczywistych zażyłości, mają obecnie ze sobą na pieńku. Jak zwykle, poszło o kobietę lub pieniądze. Najpewniej zaś o jedno i drugie. Niemniej żeby zobaczyć finał całej historii, będziemy musieli poczekać. Właściwą opowieść w formie retrospekcji snuje najmłodszy z braci McCallów, który pasuje do rozbrykanego rodzeństwa niczym pięść do nosa. Faktyczną rozgrywkę zaczynamy w zupełnie innym miejscu oraz okolicznościach. Odziani w seksowny mundurek konfederatów, odpieramy ataki jankesów dowodzonych przez generała Shermana - wojna secesyjna trwa w najlepsze. Jak wszyscy honorowi obywatele najwspanialszego państwa na świecie, protegowani zaciągnęli się do armii. Ich pobudki do szlachetnych wcale nie należały, aczkolwiek wujek Sam nie wnikał w szczegóły. Poza tym pewne cechy charakteru, na czele z niesubordynacją i niesfornością, raczej błyskotliwej kariery wojskowej im nie wróżyły. Patriotyczny obowiązek motywuje do działania szczególnie, gdy zagrożony jest rodzinny dobytek. Pech w tym, że dowództwo nagle zarządziło odwrót, pozostawiając farmę McCallów na pastwę losu. Miłość do ojczyzny nijak ma się jednak do strat własnych. Sprzeciw braci przybiera więc bardzo zdecydowaną formę... Automatycznie trafiają na czarną listę generała Barnsbego, starego świra z misją powieszenia dezerterów. Tak oto bohaterowie stają się banitami wyjętymi spod prawa, ale to dopiero początek całej opowieści, bowiem... (wyślij SMS). Fabuła zapowiada się całkiem ciekawie, lecz to nie koniec perypetii jakie czekają nas, gdy będziemy podróżować przez dziką prerię w poszukiwaniu sławy i bogactwa. Przywilej jej dogłębnego poznania pozostawiam przyszłym nabywcom Call of Juarez: Więzy Krwi. Nie doszukujmy się w przedstawionym scenariuszu cech dzieła ambitnego, bądź co bądź jest on jedynie pretekstem do totalnej rozwałki. Mimo wszystko, przedstawiona opowieść wciąga, nie zdradzając cech oklepanego banału.

Przypomnijmy sobie, jak to było przeszło dwa lata temu... Już wiem. Ci, co pogrywali namiętnie w Call of Juarez, narzekali głównie na niezbyt miodne poziomy skradankowe z Billym. Brakowało w nich finezji, ciekawych pomysłów i miodności. Natomiast elementy typowe dla Fps zdecydowanej większości przypadły do gustu. Mało tego, były więcej niż dobre. W najnowszej odsłonie Call of Juarez, będącej w zasadzie prequelem CoJ, ponownie do dyspozycji otrzymujemy dwie postacie. Tym razem programiści postanowili nie powielać dawnych błędów, zrezygnowali więc z podchodów na rzecz jeszcze większej porcji dynamicznej strzelaniny (good!). Co ciekawe, przed rozpoczęciem zadań w późniejszych etapach gry, sami wybieramy pomiędzy Rayem i Thomasem McCall. Uroczego kandydata rozstawionego z numenem jeden już znamy, wszak pastor Ray zanim postanowił odkupić swoje winy sporo nabroił. Drugi z braci, Thomas, pomimo zadeklarowanych różnic charakteru nie jest wcale jego skrajną przeciwnością. Każdy dysponuje natomiast nieco innymi atutami oraz asortymentem broni. Siła „bliźniaków” tkwi również we wzajemnym uzupełnianiu, bowiem aby osiągnąć pełną skuteczność muszą ze sobą ściśle współpracować. Na myśli mam tutaj nie tylko eksterminację okolicznej fauny, lecz także pokonywanie przeszkód terenowych. Niezależnie kim aktualnie gramy, partner sterowany przez komputer cierpliwie poczeka, gdy sami będziemy załatwiać inne sprawy. Zastanawiające, ale przez całą grę żaden z protagonistów kierowanych przez AI nie został ubity. Najwyraźniej szczęście sprzyja okrutnikom. Zazwyczaj mamy silne wsparcie, które rzadko zawodzi. Znakomita większość scen przebiega według założonego planu, nie sprawiając wrażenia doszczętnie oskryptowanych. W teorii wybór herosa miał rzutować na przebieg rozgrywki, natomiast praktyka pokazuje, iż drastycznego dysonansu z tym związanego raczej nie dostrzeżemy. Świadomość działania w duecie, podobnie jak wybór postaci, należy uznać za plus, ale trzon rozgrywki metamorfozy gruntowniej nie przechodzi.

Twoja ocena publikacji:
0
Sebastian Oktaba
Liczba komentarzy: 0
Ten wpis nie ma jeszcze komentarzy. Zaloguj się i napisz pierwszy komentarz.
x Wydawca serwisu PurePC.pl informuje, że na swoich stronach www stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Kliknij zgadzam się, aby ta informacja nie pojawiała się więcej. Kliknij polityka cookies, aby dowiedzieć się więcej, w tym jak zarządzać plikami cookies za pośrednictwem swojej przeglądarki.